poniedziałek, 17 grudnia 2012

Myslovitz - pierwszy, klubowy raz.


Kiedy się człowiekowi coś udaje? Kiedy się tego nie spodziewa :) Sobota wieczór, nuuudy. Pojawia się post od Myslovitz - zapraszamy na koncert, mamy 4 wejściówki, proszę udostępnić wydarzenie. Udostępniam, idę spać. Spać nie mogę i okazuje się, że czeka na mnie wiadomość: wygrała pani wejściówkę na niedzielny koncert Myslovitz, zapraszamy. Skoro tak to grzech nie skorzystać!


Nadchodzi wieczór niedzielny, wybieram się, nic to, że sama, dam radę... O 20 wchodzę do Studia, troszkę kolejki do szatni, w międzyczasie instaluje się support, który pokazał się z bardzo dobrej strony, niestety wokalista mówił tak szybko, że nie wychwyciłam nazwy. Ale rozgrzali fachowo. Ludzi jest niewiele, mogę swobodnie podejść prawie pod scenę i mam nawet miejsce wokół siebie by się pobujać. Hmm....ok. Support kończy, zmiana sprzętu, wchodzą panowie z Mysłowic. Pierwszy kontakt bardzo nieśmiały. Miałam wrażenie, że muzycy cały czas nie mogą się dostroić i zgrać - na szczęście mój błąd, ale o tym ciut później. Po pierwszych dwóch piosenkach na wejście w tryb 'Myslovitz' następuje przeurocza wymiana siecieszy, która rozwala tę barierę napięcia, stresu i wyrazu twarzy Michała Kowalonka: 'zaraz coś spieprzę, na pewno' ;) Treść:

Michał K.: W ogóle bardzo się cieszę, że tu jestem...
Jacek K.: A my się cieszymy, że dzięki Michałowi, możemy dalej grać i tu być...
Przemek M.: No i że wy tu jesteście to też się cieszymy :))

Brawa i piski pięknie uzupełniają te uprzejmości. Rozglądam się wokół, jest swobodnie, patrzę na Studiowe schody i balkonik, zazwyczaj zapełniony...pusto. No tak, Rojek zabrał ze sobą dużą część publiki, cóż poradzić.
Przychodzą kolejne piosenki, znane wszystkim. Śpiewamy 'Mieć czy być', 'Peggy Sue nie wyszła za mąż', 'Chłopcy', 'Długość dźwięku samotności', w końcu wszyscy toniemy 'W deszczu maleńkich żółtych kwiatów'. Jest czas na moją ukochaną 'Nienawiść'. Prawdziwy szał przychodzi wraz z utworem 'Kraków'. Panowie z zespołu posyłają uśmiechy mówiące: jest dobrze, w kierunku Michała Kowalonka, a ten wreszcie uśmiecha się do nas :) Wrażenie z początku na chwilę jeszcze przychodzi - jest za głośno, za głośno instrumenty, za cicho wokal. Wokal się ciut gubi. Mija 1,5 godziny, Myslovitz ani myśli przestać, głośno śpiewając z publicznością 'Acidland'. Wycofuję się bo za 15 minut czas gnać na autobus - niestety - a poza tym ciągle coś mi pod tą sceną nie stroi... Wyjaśnienie przychodzi po przejściu 10 metrów od sceny. Poza tłumem, w większej swobodzie wszystko brzmi idealnie. Słychać rewelacyjny głos Michała... Dlaczego dopiero teraz tu przyszłaś Anno? ;) Wybija 22:35, panowie schodzą ze sceny, po oklaskach wraca sam Michał po to, by zaśpiewać i zagrać solo akustycznie 'Peggy Brown'. Coś pięknego... ale zegarek nakazuje wyjść, tym samym nie słysząc zakończenia koncertu, a te bywają szczególnie ciekawe.

Nie mam porównania do klubowych występów Myslovitz z Arturem Rojkiem, mogłam usłyszeć go jedynie z okazji letnich dni jakiegoś mniejszego miasteczka. Jasne, że wczoraj brakowało trochę tego przeszywającego, zawodzącego, do bólu smutnego i pozytywnie dołującego głosu Rojka. Jasne, że gdyby nawet zaśpiewali 'Chciałbym umrzeć z miłości' to nie byłoby to samo. Ale nikt nie ma prawa powiedzieć: nie nadajesz się - dopóki nie pofatyguje się na koncert i nie posłucha nowego głosu, może ciut nowych wersji starych piosenek. Michał Kowalonek, mimo presji, która wisiała nad nim przez większą część spotkania z Krakowem dał radę, naprawdę. W myśl zasady: nic nie dzieje się bez potrzeby ;)

Jednym z fajniejszych momentów tych prawie dwóch godzin była nowa piosenka 'Trzy Sny O Tym Samym'. Ludzie świetnie ją przyjęli, śpiewali...śmy :) No i ta plumkająca akwarystyka - bomba!
Sezon na czekanie na więcej nowego od Myslovitz uważam za otwarty.







piątek, 14 grudnia 2012

Morning Parade - jedno z odkryć 2012 roku.

Koniec roku (kto woli koniec świata) puka nam już do drzwi. Nie jestem w stanie wszystkiego co się muzycznie wydarzyło jakoś sensownie podsumować. Ale nie mogę nie wspomnieć o pewnym zespole z Harlow. Pięciu fajnych chłopaków, z dużymi możliwościami głosowymi, różnorodnością w muzyce, tworzących melodie, które sprawiają, że pewne rzeczy nie będą już takie same. Morning Parade.

Jeszcze w 2011 roku (rety, kiedy to było) mam okazję usłyszeć kilka ich kawałków ale nie przykuwają mojej uwagi. Dopiero pod koniec, jakoś w październiku po usłyszeniu 'Under The Stars' a później 'Close To Your Heart' wpadam w taki tryb zwany 'chodząca noga'. Chodząca noga to taka noga, która jest silniejsza od człowieka. Co więcej, gdy słyszy muzykę potrafi jakby odłączyć się od ciała, o, ma takie własne uszy ;), a reszta ciała działa sprawnie, ruchy są skoordynowane, najczęściej jeszcze potrafią wystukiwać setki słów na klawiaturze! Potem w ucho wpadają kolejne piosenki: 'Us & Ourselves', 'Headlights'. Morning Parade już zawsze będzie kojarzył mi się z wiosną. Na płytę, która pojawiła się 5 marca 2012 czekałam z tą samą mocą, z jaką czeka się na cieplejsze wieczory końcem zimy. Nawet w mej głowie pojawił się szalony plan zakupienia jej wcześniej w Wielkiej Brytanii. Ale...cierpliwość zwyciężyła. Gdy tylko pojawiła się jednak opcja zamówienia płyty w sklepie na E., kliknęłam - będzie to najlepszy prezent z okazji Dnia Kobiet, gdyby przypadkiem ktoś pytał po co ta płyta, co to za płyta i czemu płyta nie jest młotem udarowym albo kolejnym zestawem śrubokrętów ;))
Bach... wiadomość ze sklepu: zamówiony towar gotowy do odebrania. Pędzę w porannej paradzie do galerii, tfu, do centrum handlowego, odbieram, przestępując próg domu rzucam płytą w kierunku odtwarzacza, ten otwiera się sam... aha - dobrze byłoby, gdyby choć się nie zacinał ;)) włączam po ludzku płytę i wiosna przychodzi. Krążek do połknięcia w całości. W Morning Parade świetne jest to, że ich piosenki mają zarówno trochę elektroniki, raz jest szybciej po to tylko by zwolnić i zastanowić się nad sensem i słowami piosenki 'Half Litre Bottle' czy 'Born Alone'. Kolejna kapela, której muzycznie nie mam nic do zarzucenia. No i tak wspólnie z pewną grupą ludzi nakręcamy się ich muzyką. Co dzień okazuje się, że piosenki świetnie pasują do otaczającej nas rzeczywistości... Cudowne 'Speechless' powinno być wręcz hymnem i sposobem na życie dla niektórych... Podsumowując, rewelacyjna płyta i muzyka zawarta w 11 kawałkach, na czas zamyślenia ale i na świetną zabawę. Noga nie ma spokoju do dziś a oko z dumą obserwuje domową półkę z płytozbiorem. Jesienną porą świetnie słucha się tych wolniejszych kompozycji, polecam.

Swego czasu była duuuża nadzieja na koncert w naszym kraju, niestety nie udało się. Czasem rezygnuje się z koncertowania w pewnym kraju na rzecz świetnej zapewne trasy koncertowej np w Ameryce, mimo umów. Ale czemuż się dziwić, może to wszystko przez te czołgi, które jeżdżą po naszych ulicach, jak twierdzą jeszcze niektórzy. Kto wie. Przynajmniej nie nawiedził nas huragan! Za to jeśli panowie z Morning Parade zdecydują bądź odważą się do nas przyjechać to może być ciekawie. Czekamy.







środa, 12 grudnia 2012

Bez Irlandii byłoby ubogo!

Jest taka zielona wyspa i tak sobie myślę, że nawet gdyby nie była zielona to kochałabym ją tak samo. A wszystko za sprawą trzech panów. Takich sobie panów śpiewających, raz lepiej, raz lepiej :)))) To co...kolejno odlicz? Ok.

Bono - dla mnie dziadek Bono. Muzyczny, zakręcony człowiek, nie bez powodu mam do niego sympatię, przecież kiedyś miał długie włosy ;) I tamte czasy muzycznie były rewelacyjne. Nie jestem wielką znawczynią historii zespołu a tym bardziej nie znam wszystkich piosenek. Na szczęście w swoim życiu spotyka się osoby, które podsuwają dobre płyty, podsyłają linki do świetnych występów na koncertach. Innymi słowy sprawiają, że muzyka cię porywa. Aż do tego stopnia, że decydujesz się na spotkanie twarzą w twarz, a nad wszystkim czuwa wielki 'pająk'. Tak się szczęśliwie złożyło, że mogłam być na koncercie U2 w 2009 roku w Chorzowie. I to był tak naprawdę mój pierwszy koncert, taki prawdziwy, który kosztował kupę kasy, której może wtedy nie było, a która może była potrzebna w związku z przygotowaniami do ślubu, wesela etc. Ale można to podpiąć pod część podróży poślubnej. Ha, a jaka przyjemna! Pamiętam jak dziś, kiedy pędziliśmy samochodem do znajomej, która zaraziła mnie U2, na akcję pod tytułem: czyhamy na północ by kupić bilety. Jest, udało się, choć bez informacji o zawalonym serwerze się nie obyło. To było jakoś wczesną wiosną, potem wspomniany okołoweselne zdarzenia no i 6 sierpnia trochę sobie wynagrodziliśmy to całe wariactwo ostatnich miesięcy, spędzając piękne 4 może 5 godzin na Stadionie, gdzie odbywał się koncert. Moja małość muzyczna była na tyle wielka, że nawet nie wiedziałam co to support. A jak już się dowiedziałam, to nazwa zespołu: Snow Patrol nic mi nie mówiła, oprócz tego, że na koncercie jedna piosenka wydała mi się znajoma.
Czas wtedy dłużył mi się, staliśmy przy lewej nodze pająka, pamiętam długie kolejki do 'tjotjo' ;) walkę o miejsce ludzi obok, ścisk i ogólną podjarkę. Po przystawce nastąpiło danie główne. No nie mogło być inaczej, koncert stoi wysoko na podium w moim prywatnym rankingu - na szczęście nie mam do wyboru wiele - Magda pozdrawiam :))! Niezapomniany czas, wspomnienie życia, jednym słowem historia - mam ciary! Taka noc, której naprawdę nie da się zapomnieć. Myślę, że jeszcze wrócą.... Poniżej jeden z piękniejszych momentów: ( o dziwo nie widać żadnej żarówki ;))





Glen Hansard - z twórczością tego pana, a później jego kapeli, spotkałam się dzięki jednemu z lepszych filmów - "Once". Kto wie, gdyby nie film to pewnie nasze muzyczne ręce nigdy by się nie złapały. A szkoda bo ten facet coś w sobie ma. Oprócz bujnej, rudej czupryny. Może chodzi o to, że jest Irlandczykiem? ;) A na pewno jest mistrzem gitary dla mnie. Jego bicia sprawiają, że ciągle chce mi się uczyć grać. Bardziej do gustu przypadła mi jego twórczość z The Frames niż solo. Nawet miał okazję być w Polsce z trasą Swell Season, ale przegapiło mi się. Tak więc Pan Glen i jego urocza gitara na mnie działa. Wiele w tej miłości zawdzięczam wizycie w Irlandii. Udało mi się nawet usłyszeć 'Whisky In The Jar' w Temple Bar. A skoro już jesteśmy w Dublinie, to przy okazji Bono i spółki nie wspomniałam, że przytuliłam się do ściany, tej ściany:


A muzyczną kartkę dla Glena Hansarda wybiorę taką:



Co natomiast łączy tych dwóch panów? To, że razem potrafią wzruszyć, rozśmieszyć, polecam oglądnąć do końca :)




Damien Rice - trzeci pan, pan Ryż. Z nim znam się najsłabiej. Urzekł również swą piosenką "Blower's Daughter" z filmu "Closer", kolejnego dobrego filmu. Poza tym uwielbiam go w "9 Crimes". Króciutko ;)

Co zaś łączy tych szanownych trzech Irlandczyków? A no to, że co roku w Święta Bożego Narodzenia po prostu wychodzą na ulice Dublina, na Grafton Street i śpiewają sobie z ludźmi. Gdybym miała kiedyś spędzić Święta poza domem to byłby to Dublin, bez dwóch zdań :) Życzcie mi tego kiedyś kurczę!








poniedziałek, 10 grudnia 2012

Początki, początki...to może by tak do początku?

Ten początek wiąże się z moimi fascynacjami muzycznymi (nie biorąc pod uwagę Dyskoteki Pana Jacka i Fasolek), a właściwie z tym, czym zarazili mnie moi bracia. Jednak 7 lat różnicy wieku pozwala poznać dobrą muzykę... Historia ta mogłaby mieć dwa początki:

1. Jak każda szanująca się nastolatka, w wakacje, koniecznie w pokoju na poddaszu z otwartym na oścież oknem, po oglądnięciu wszystkich brazylijskich telenowel, siadałam na parapecie z radiomagnetofonem (!) i rozpoczynało się odsłuchiwanie listy Hop-Siup ;)

2. Jak każda szanująca się nastolatka, w wakacje po przeczytaniu wszystkich ciekawych książek, z ciepłym kakao siadałam do stołu, włączałam Program 3 Polskiego Radia...

Jak łatwo się domyślić, historia spod 1. jest prawdziwa, mimo że kakao lubię. Kiedy ma się dwóch starszych braci, oprócz siniaka miejsce w miejsce ma się również wiele korzyści. Przez dom przewijają się ich koledzy :) Młodsza siostra oprócz tego, że jest najczęściej proszona o wyjście, czasem też przynosi np. herbatę do kolejnej rozgrywki tysiąca. Zdarza się, że usłyszy przy tym fajną piosenkę - same plusy! Ale potem jednak następuje: uciekaj już! A kiedy koledzy już sobie pójdą to przeszukuje kasety. Kolejna wakacyjna zajawka w ciepłe wieczory - przesiadywanie w samochodzie i śpiewanie sobie do lusterka.

Pamiętnego 1997 roku udało się nam wyjechać rodzinnie do Słowacji - wtedy raj wakacyjny ludzi południa Polski. Czysta frajda - zobaczę góry, pojedziemy długo autem, będę w innym kraju. I tak naprawdę podczas tej długiej wtedy dla mnie podróży nastąpiło pierwsze ukierunkowanie muzyczne. Czy chciałam czy nie, kaseta na zmianę grała Dire Straits i Kult - Tata 2. Teraz jak o tym piszę to lekko drżą mi ręce a serce bije szybciej. A jak sobie przypomnę ten wstęp do 'Money For Nothing'...- ciary!! Jechało się samochodem i czuło się muzykę tak jak tylko można było mając 11 lat. Z dźwiękami 'Sultans Of Swing' płynęło się po drodze.






To, co sprawiło we mnie ówczesne słuchanie Kultu jest właściwie owiane nutą tajemnicy. Dziś kiedy odsłuchuję po kolei wszystkie piosenki: "Jeśli zechcesz odejść – odejdź", "Nie dorosłem do swych lat", "Samotni Ludzie" czy "Ballada o dwóch siostrach" to...co tu dużo pisać, mam najnormalniej w świecie miłe, ciepłe wspomnienia. Mimo że teksty mroczne, mimo że grama z tych słów wtedy nie rozumiałam. Śpiewałam, powtarzając słowa naiwnie i całkiem nieświadomie. Do tej pory znam je na pamięć. Dziś największe emocje wzbudził ten oto kawałek:




Później nastąpił czas The Kelly Family - świadomie pozwolę sobie go ominąć :))

Jak już troszkę się muzycznie sponiewierałam przez dołujący Kult to w pewne wakacje postanowiłam chwycić za gitarę. Wszystko za sprawą nowej muzyki, która przybywała wraz z nowymi dziewczynami moich braci ;) Ta nowa muzyka to poezja śpiewana - rewelacyjna dla samouka gitarowego. Stare Dobre Małżeństwo - obowiązkowy zespół przykładnego nazwijmy to 'oazowicza'. Piosenek, których nie znam jest dosłownie kilka. Reszta, przesłuchana, prześpiewana i przegrana setki razy. No to spotkajmy się "U Studni":





Po poezji śpiewanej znów troszkę muzycznie się zbuntowałam i przyszedł czas na Dżem. Czyli klasyka ogniskowo-gitarowa. Oj to też kawał historii muzyki do której wracam bardzo chętnie i często. Są kawałki, które są po prostu częścią mnie: nieśmiertelne "Whisky", rewelacyjnie akustyczny "Autsajder" czy "Uśmiech Śmierci", "Paw", "Skazany na bluesa", można by wymieniać i wymieniać.
Po słodkim posiłku muzycznym nastał na chwilę czas muzycznej papki od wiadomego pięcioliterowego żółtego radia, na zmianę z radiem Vox i ich złotymi przebojami i moją Mamą, która do dnia dzisiejszego włącza głos na full przy okazji "Live is life" oraz "I want to break free". Potem wpadły dźwięki z Wawy, Roxy Fm aż do momentu, w którym moja dobra znajoma powiedziała: Eska ROCK - posłuchaj! No i tak zostało :)
Dziś jest tych dźwięków tyle, a z każdym tygodniem coraz więcej, że nie da się określić gatunku muzyki, którą się cieszę. Może dobrze, że się nie da bo może nie trzeba? ;)
Aha - za te wszystkie kierunkowskazy muzyczne jestem niezmiernie wdzięczna. Teraz to ja je rozdaję jeśli ktoś chce i tylko uśmiech pojawia się na mej twarzy, gdy bracia wymieniają nazwy zespołów, które znam już od paru lat albo słyszą jakiś fajny kawałek w radiu i wcale nie muszą szukać w internecie 'co to było' bo przecież mają siostrę!
Ot cały początek. Trochę namieszałam i nie napisałam o wszystkich muzycznych dźgach :) Na koniec początku piosenka, która uroczo zajmuję przestrzeń między uchem a sercem. Kurczę, tam jednak muszą być jakieś tajemnicze wiązki ;)









czwartek, 6 grudnia 2012

The Jezabels - czas na kangury.

Trochę sobie na tym blogu wędrujemy z kontynentu na kontynent, ale mam nadzieję, że potrzebnie. Dziś chcę napisać o takim zespole, który wynalazłam sama w otchłani Youtube'a. I co by nie mówić, jestem z tego niesamowicie dumna :) Mniej więcej w listopadzie 2011 roku, w wyżej wspomnianym portalu w oko wpadła mi ciekawa nazwa zespołu: The Jezabels i jeszcze ciekawszy tytuł piosenki: 'Rosebud'. Włączyłam teledysk. Słucham. Pierwsza myśl: kurcze, brzmią jak z lat 90, jaki stary zespół, jak mogłam nie wiedzieć o nich wcześniej?! Myśl jest błędna, ale odczucia co do klimatu muzyki jak najbardziej prawidłowe.

The Jezabels - 4 osobowy zespół, grający indie i alternatywnego rocka, powstaje w 2007 roku w Australii. Mają na koncie jeden pełny album "Prisoner" oraz trzy minialbumy: "The Man Is Dead", "She's So Hard" i "Dark Storm". Za sobą mają również wiele występów na australijskich festiwalach, gdzie mieli okazję supportować kanadyjskie gwiazdy. W 2010 roku zwiedzają Amerykę Płn., dając 13 koncertów. Rok 2012 pozwala ludziom usłyszeć The Jezabels w Europie, m.in. ostatnio supportując Skunk Anansie.
Polska niestety jest pominięta w tej trasie, niestety.

Każde moje spotkanie z nowym zespołem wiąże się z porównaniami. Tak naprawdę nie wiem kim inspirują się The Jezabels. W przypadku wokalistki Hayley Mary, wydaje mi się, że słucham Kate Bush - nie bez powodu są więc ciągoty do lat 90 a może nawet 80. Ten wokal robi wrażenie. Czysty, kiedy trzeba bardzo wysoki ale równie świetnie sprawdzający się w niskościach. Duża przyjemność słuchania. Piosenki wypełnione po prostu dobrą muzyką, rytmiczną, taką która wpada w ucho i jak już tam wpadnie to pobudza do ruchu resztę ciała. To chyba zaraźliwe, bo obserwując Hayley na scenie można zobaczyć wulkan energii.
Poza tym wszystkim ich piosenki mają dla mnie jedną, ogromną zaletę: świetnie się je śpiewa! Są na liście karaoke. Godnymi uwagi są według mnie utwory z albumu "Prisoner", jak: 'Endless Summer', 'City Girl' czy 'Piece of Mind'. Prawdziwa gratka muzyczna kryje się w bonusie pt.: 'Easy to Love'

Cóż pozostaję oprócz zasłuchiwania się w piosenkach? Jak zwykle oczekiwanie na koncert. A oczekiwanie niech umili odkryty rok temu 'Rosebud' ze śniegiem w teledysku ;), do Australii i kangurów wrócę jeszcze nie raz.
 







M jak MONA. Naprawdę fajna literka!

To będzie krótka historia o tym, jak można zwariować na punkcie jednej piosenki, później całej płyty, wreszcie zespołu, po to, by mieć świra z powodu każdej informacji dotyczącej właśnie MONY.
W poprzednich postach było bardzo patriotycznie. Tym razem spotkanie z Ameryką, Nashville. To już wiele mówi. Gdzie teraz się udajemy....? Tak, do początku :)

A początek wiąże się z rokiem 2011. Z wiosną. To taki miły, muzyczny powiew, zapoznanie się, taki spacer w dźwiękach. Pewnego poniedziałkowego wieczoru (wtedy, kiedy to już poniedziałki wzięły górę nad wtorkami) w okolicach godziny 22:47 - pamiętam jak dziś - z głośników wybrzmiewa piosenka, która zabija. Koniec! Nie, byłoby za łatwo. Siedziałam wgięta w fotel, z maślanym wzrokiem, zasłuchana, nie wiedząc nic o kapeli. Znałam tylko tytuł więc zaraz jak tylko skończył się program w radiu rozpaczliwie szukałam pomocy w internecie. Nic, nie ma...jak to, przecież wpisuję 'Alibis', o co chodzi? Szczątki informacji, owszem, są, ale piosenki do odsłuchu nie ma. Smutek. Rozpacz. Tęsknota! No dobrze, trzeba będzie poczekać, może kiedyś jeszcze ją usłyszę. Może i kiedyś należałoby wykreślić, bo ten kawałek sprawił wiele zamieszania w niejednej głowie, a co za tym idzie można go było usłyszeć systematycznie we wspomniane poniedziałki, prawie o tej samej porze :)
Zaznajomiona z piosenką-zabójcą oraz dwoma innymi, znanymi z anteny kawałkami zbieram się w sobie i mam na tyle odwagi i determinacji, by wysłać smsa i powalczyć o debiutancką płytę zespołu, która oczywiście rozchodzi się jak buty z obuwniczego :) Jest, udało się! Moja pierwsza wygrana płyta! Kiedy mam ją fizycznie w rękach, czuję jak przechodzi na mnie kawałek historii muzyki. Włączam...heh, któż normalny zaczyna słuchać od ostatniej piosenki, która w dodatku jest bonusem? Na pewno ja :) Płyta dołącza do zbioru płyt, które należy słuchać w całości. Wróć, ona rozpoczyna ten zbiór!
Lato mija sobie w rytmie 'L.i.f.e.g.o.e.s.o.n' oraz 'Shooting The Moon'. Przychodzi jesień. W skrzynce mailowej znajduje wiadomość, że Mona odwiedzi Polskę. Jak zwykle w Warszawie. Wtedy jeszcze nie rozumiem dlaczego więc mną miota. Tak samo jak nie rozumiem, że można wsiąść w pociąg jednego dnia, pojechać do stolicy, zaliczyć zapewne rewelacyjny koncert i wrócić późną nocą. To takie odległe. Ale dobre dusze, które były na koncercie zdają relacje, pokazują zdjęcia, filmiki. Pada co jakiś czas pytanie: co, nie zagrali 'Alibis', jak mogli??? Jest mi lepiej...powiedzmy.

2012 rok przychodzi nagle. Rozkręca się wiosną, obfituje w dobrą muzykę, równie zaraźliwą. W maju pada na mnie cień nadziei, że Mona znów przybędzie na koncert do Polski! Parę dni później po cieniu nie ma śladu, jest informacja: Rock In Wrocław, 7 lipca - Mona. Yeaaaah! Myślę sobie, jak nie Warszawa to Wrocław, nieważne, trzeba tam być. Tak też się staje, dzięki uprzejmości jednej kochanej istoty koncertowej, która mnie tam zabrała, bez castingu :)) Wdzięczna będę do końca mych dni. We Wrocławiu spotykamy znajomych MONAmaniaków, choć wszyscy wokół Stadionu, miejsca, gdzie odbywał się koncert, chodzą w koszulkach Queen, hmm. Ok, główną gwiazdą może i był Queen z Adamem Lambertem. Zaczynają się koncerty. Rozgrzewają nas Power Of Trinity i IRA. Ludzie wokół nawet coś tam skaczą. Startuje Mona. My szalejemy. Ludzie obok przyklejeni obuwiem do podłoża, cóż. Koncert jest spełnieniem muzycznych marzeń, nie ma narzekania, że jest za gorąco, że pada deszcz. Jest zachwyt! Każdym dźwiękiem, każdym słowem wypowiedzianym i wyśpiewanym przez Nicka Browna. Chłopaki z zespołu także sprawiają wrażenie zadowolonych i dobrze bawiących się na scenie. Razem ze znajomymi wyśpiewujemy a nawet wykrzykujemy słowa piosenek, co spotyka się z dość dużym zdziwieniem i dziwnym wzrokiem osób obok, przed i za nami. Trudno, my ich znamy, wy nie! Nastaje historyczna chwila... Tak, tak... Jest nam dane usłyszeć Alibis, nareszcie, to się dzieje naprawdę. Za to też będziemy wdzięczni na wieki! I zespołowi i okołozespołowym ;) Kończy się koncert. Przed nami Queen, ale o tym innym razem. Wychodzimy ze stadionu w kierunku autobusu, wszyscy z jedną piosenką w głowie. I ta dobijająca świadomość, że już po wszystkim a zarazem emocje, które napędziły na długi czas...

Kraków wraca nocnym pociągiem do Krakowa, oczywiście w natychmiastowym trybie gotowości na kolejny koncert, choćby z rana. STOP! a nogi to kto zregeneruje, a bolące ramiona, a zdarte gardło? Nie tak szybko, cierpliwości. Pociąg pędzi, powieki opadają, można zasnąć w spokoju i być pewnym, że na następnym koncercie także usłyszymy Alibis.
Panowie z Mony ciężko zaś pracują nad drugim albumem, ku uciesze wielu z nas. Nie mogę się wprost doczekać. Czekam bardziej niż na Mikołaja!








poniedziałek, 3 grudnia 2012

Marsz, marsz... Dąbrowska!

Kiedy jest najlepszy moment na pisanie? Świeżo po koncercie. A koncert...taki jak Ania Dąbrowska. Widać i słychać było, że na scenie bawi się świetnie. Teraz następuje ten moment, kiedy trzeba wrócić myślami do początku.

Rok 2002, małe ze mnie jeszcze nastoletnie dziecię, ale Mama pozwala oglądać Polsat i program Idol - fajny pan prowadzi, jest śmiesznie bo jest Kuba Wojewódzki, no i jeszcze śpiewają! Pierwsza edycja programu naprawdę owocna - Tomek Makowiecki, Szymon Wydra - ten troszkę zboczył z dobrych dróg, no i Ania Dąbrowska. Ania to zjawisko, które pojawia się na scenie i śpiewa nieznaną piosenkę, jak to się ładnie określa - niszową - "Can't run away". Do tego jest najnormalniej w świecie zwykłą dziewczyną, tylko że o nieprzeciętnym głosie ;) Piosenka zostaje na długo w głowie, mimo wszechogarniającej masy popu! Mijają lata, co jakiś czas komuś się o Ani przypomina, to w radiu, to nagle koncert na Wiankach w 2008 i...cisza. Aż do 2012. Dobrzy ludzie donoszą, że jest płyta. A ponad to, że jest, okazuje się, że jest piękna! Ponoć ma powalić i sprawić, że się powstanie. Wcale się nie dziwię - przecież to Ania Dąbrowska - ona potrafi. Mam okazję najpierw posłuchać kilku piosenek, później całej płyty. Pierwsze wrażenie - piosenki pojedynczo niesamowite, naraz nużące. Widocznie musiało minąć trochę czasu a płyta musiała się solidnie pokręcić w domowym zaciszu, bo wiem, że się myliłam. "Bawię się świetnie" dopisuję do listy płyt, które należy odsłuchać w całości. Najbardziej do gustu przypadła mi piosenka pt.: "Samotność oddać musisz albo niepewność" oraz "Jeszcze ten jeden raz". Aż tu nagle w trakcie koncertu dowiaduję się, że "Nadziejka" mną rządzi. Znów od początku... :)

Ania De zapowiada trasę, Ania Te musi być na jej koncercie. Na całe szczęście Kraków nie musi jechać do Warszawy czy innych Wrocławiów, tylko może wpaść do Studia, napić się czegoś złotego i popędzić pod scenę! Pojawia się zespół, wchodzi Ania - uśmiechnięta od ucha do ucha :)) Koncert rozpoczynają właśnie "Nadziejką", która z każdym odsłuchanym dźwiękiem staje się idealna! Idealny głos Ani - szczerze mówiąc nie przypuszczałam, że będzie w aż tak dobrej formie! Idealny kawałek do kołysania i bujania swym ciałem - wokół ludzie robią to samo - myśl na dzisiejszy wieczór: jestem w odpowiednim miejscu! Drugą piosenką jest tytułowe "Bawię się świetnie" - nas nie trzeba namawiać, śpiewamy ile sił ma w sobie każdy! Ania łapie świetny kontakt z publicznością, usprawiedliwia brak swej skoczności, ograniczoną ruchliwość na scenie i wyśpiewuje kolejne piosenki. Miałam takie wrażenie, że ludzie obok bardzo a nawet bardziej czekali na starsze kawałki, które oczywiście się pojawiły, niż na te nowe. To zupełnie odwrotnie niż ja. Jasne, starsze utwory: "Tego chciałam", "Charlie, Charlie" śpiewałam i to głośno ale chyba najbardziej cieszę się, że usłyszałam wszystkie nowe piosenki :)
Muzycznie to była prawdziwa uczta. Genialny bas i gitara akustyczna! Dwa laptopy też niczego sobie ;) Kolejne piosenki rozgrzały nas całkowicie, czas sobie płynął, jak zwykle za szybko...
Na szczęście po szybkim i zawsze jak nóż, przebijającym stwierdzeniu: to koniec, dziękujemy! następuje równie szybkie, ponowne wejście. Możemy usłyszeć drugą wersję "Bawię się świetnie" i jeszcze jeden bis. Gromkie brawa, uśmiechy, podziękowania. Myślę sobie...a gdzie piosenka prorodzinna?? Ach...to pewnie nie czas, może nie miejsce... Ludzie się rozchodzą. My, wytrwali, nauczeni tym, że póki na sali nie świecą się światła to można domagać się jeszcze czegoś ;), cierpliwie czekamy na kolejny bis. No i staje się - Ania z wielkim wdziękiem i nieprzeciętną skromnością "Jeszcze ten jeden raz" wchodzi na scenę i dedykuję ostatni utwór tym, którzy mają dzieci. A ja tam wiem, że tym, którzy chcą mieć, również... :)

Przepiękne 90 minut, piosenki standardowo tkwią w głowie i nie pozwalają z niej wyjść. I tylko jednego żal... Szczęście w nieszczęściu jest takie: cudownie, że powstają piosenki śpiewane w duecie, tak jak "Leather and lace" z Łukaszem Lachem. Mniej cudownie, że bardzo wątpliwe jest to, że kiedyś usłyszę na żywo efekt współpracy. Jednak nadziejkę mam!



piątek, 30 listopada 2012

Pierwsze koty za płoty - L.Stadt!

Jeśli zaczynać swoją muzyczną, blogerską przygodę to na wysokim poziomie. Tak też będzie, bo zespół o którym piszę wielkim jest i wielkim będzie. Będzie, bo w Polsce dopiero rośnie liczba osób, które potrafią docenić ich talent muzyczny i inność - pozytywną! L.Stadt. Pochodzą z Łodzi, co mocno podkreślili w nazwie swego zespołu. Są najnormalniej w świecie uzdolnieni jak diabli! Ale jakoś to się musiało zacząć...
Gdyby nie pewien Pan ze skrzydłami z radia to pewnie jeszcze długo o chłopakach bym nie wiedziała. Pewnego zimowego, wtorkowego wieczoru 2011 roku jak co wieczór włączyłam ulubioną radiostację, w której często goszczą zespoły i prezentują swe utwory na żywo. L.Stadt - nic mi to nie mówi! Grają pierwszy utwór - wow fajne! Po chwili drugi - o kurczę, rewela! W międzyczasie rozmowy, z których można wyczuć, że ktoś ma smak muzyczny a do tego bardzo przyjemny głos ;) Pierwsza zajawka - "Londyn", piosenka, za którą chyba zespół nie przepada a jest ich znakiem rozpoznawczym. Ledwo kończy się występ w radiu a u mnie zaczyna się przeszukiwanie internetu. Skąd oni są, czy mają więcej piosenek, koncertują w Polsce czy tylko za granicą? Znajduję piosenki, informacji o koncercie niestety nie.

Mija lato, przychodzi jesień - idealna pora na ciągłe bycie w sieci, na wszelakich portalach społecznościowych - gdzieś w gąszczu reklam pojawia się informacja: Kraków, Lizard King - L.Stadt! Yeeaah - muszę tam być. Dzwonię do przyjaciółki - idziemy na koncert, L.Stadt, nie znasz ich ale pokochasz - jako support Cinemon. Krótka i szybka odpowiedź: OK!
Wchodzimy do klubu, bilety za kilka złotych - dosłownie. Miły pan przy wejściu proponuje mi kupno płyty. Serdecznie mu dziękuję, mówiąc, że najpierw muszę posłuchać. Pan swoją miną daje mi sygnał: 'jak uważasz' i dodaje: to taki zespół, którego płytę można kupić w ciemno! Heh...teraz to wiem ;) Spokojnie siadamy, sączymy piwo, zaczyna grać Cinemon a obok....siadają znajomo wyglądający panowie w liczbie: 4! To L.Stadt? Nie..tak?! Chyba tak...nie - zamówili herbatę - to nie mogą być oni :) Po 3 minutach węszenia już wiem, że to jednak oni. Robi się bardzo ciekawie. Cinemon nie może ruszyć publiczności, w tym także nas, ale starają się bardzo. Kończą grać, panowie ze stolika obok już zniknęli - to znak, że zaraz wejdzie L.Stadt. Zaczynają grać...ludzi siedzących, w tym nas :), jest nawet sporo a przed samą sceną pojawiają się nieśmiało kołyszące niczym źdźbła wysokich traw dziewczyny. Odważne - myślę sobie - pewnie znają się z zespołem! Zachwyt przychodzi do nas z każdą kolejną piosenką! Co za głos, jakie bębny - idealna całość i ten styl z lekka country, podoba mi się! Panowie w przerwach między piosenkami nawiązują kontakt z nami, zapraszają pod scenę by potańczyć. Skoro zapraszają to grzech nie skorzystać, prawda? Ruszamy pod scenę i się ruszamy :) Szok następuję wraz z ogłoszeniem, że to już niestety ostatnia piosenka! No tak, było ruszyć wcześniej swe ciało! Ale doznania muzyczne piękne! Wychodzimy z klubu z samymi dobrymi myślami i odczuciami. Dźwięki "Macca", "Ciggies", "Fashion Freak" wciąż są w naszych uszach i....chyba powoli zbliżają się ku sercu. Świetny koncert, oby szybko wrócili!

Emocje po koncercie opadają po tygodniu ;), ulubiona radiostacja jednak nie pozwala zapomnieć o L.Stadt, grając to "Londyn", to "Death of a surfer girl". Mija zima a tymczasem, wczesną wiosną zespół zapowiada koncert w Krakowie. Tym razem pada na Alchemię, klimatyczna sala, zakręceni ludzie - Kraków żyje swoim życiem, wiadomo - Kazimierz! Tym razem na koncert zabieram moją muzyczną siostrę, Magdę! W drodze do Alchemii dowiaduję się, że Magda na Kazimierzu często się gubi...Hmm, myślę, to tak jak ja - i to jeszcze jeden sygnał, że nadajemy na tych samych falach - często w czwartki ;) Siadamy w Alchemii, jest jeszcze trochę czasu na piwo, pierwsze. W międzyczasie zwiedzamy klub, nagle w drzwiach ukazuje nam się postać Łukasza Lacha - wokalisty L.Stadt, wyraźnie kogoś szukającego, jednak nie nas! Haha! Schodzimy w dół, powoli rozkręca się koncert. Ludzi zdecydowanie więcej niż tamtym, jesiennym razem. Bardziej ożywieni, zapewne w większym stopniu zaznajomieni z muzyką. Emocje są takie same, ten sam powalający wokal, perkusja i gitary! Jest moc i ta radocha, że tak wiele osób nie wie o tak dobrym zespole a my wiemy! Duma. Z Polski, bardziej doceniani w Ameryce, to oni - na wyciągnięcie ręki, ach :) To co dobre się kończy. Nie ma rady - trzeba czekać na następny koncert. No to sobie poczekamy :) W lipcu mam przyjemność posłuchać ich na Openerze, niestety tylko dzięki Internetowi, tak samo z resztą jak koncertu z Warszawy w plenerze. We wrześniu dociera info, że Panowie szukują EPkę, coverową, radość jest wielka! Jestem spragniona dźwięków. Mamy listopad. EPka pt.: "You Gotta Move" ukaże się ponoć w styczniu ale już znane są światu dwa kawałki: "UFO" - które silnie wtargnęło bez pytania oraz cudownie jesienne "Come Away Melinda", którym jeśli pozwolicie, podzielę się z Wami. Warto! Brawa L.Stadt!